Insulinoterapia w szkole – nasza historia

Insulinoterapia

Rok szkolny to okres trudny dla diabetyków oraz ich rodziców czas. Choć zajęcia zaczynające się zawsze o tej samej godzinie stanowią idealną okazję, by wprowadzić do życia dziecka tak mile widzianą rutynę, to nie zawsze jest kolorowo.

Każdy dzień jest inny, lekcje są różne. Nie zawsze dziecko wraca o tej samej godzinie, nie zawsze w ten sam sposób spędza czas. Nie każda lekcja jest łatwa, nie każdy nauczyciel jest spełnieniem marzeń o belfrze idealnym.

Niestety rodzice dość często zostawieni są sami sobie z insulinoterapią ich dzieci. Nie każdy nauczyciel podejmie się wyzwania, nie w każdej szkole jest pielęgniarka i nie zawsze jest ona skora do pomocy.

Opiszę Wam nieco naszą sytuację z ostatnich kilku lat. I uwaga, to może być jeden z najdłuższych postów jaki napisałam.

Księżniczka nie dostała się do przedszkola państwowego (zabrakło punktów), więc zdecydowaliśmy się posłać ją do prywatnego. Chodziła tam przez 4 dni (cztery!), po czym dyrekcja szkoły poprosiła nas o nie przychodzenie ponownie. Telefonicznie. A kiedy poszłam zabrać jej rzeczy, to były już przygotowane, abym przypadkiem nie spotkała się z nikim z kadry. Na szczęście niesmak po tamtej sytuacji zmazała inna.

W przedszkolu, do którego wcześniej nie dostała się Księżniczka, zwolniły się miejsca. Córka została przyjęta, ale do młodszej grupy. W tamtym okresie najbardziej zależało nam na kontaktach Księżniczki z innymi dziećmi oraz na przełamaniu jej strachu przed zostawaniem bez opieki rodziców. Cukrzyca, zwłaszcza u małych dzieci, mocno ogranicza ich samodzielność, dlatego kwestie relacji społecznych były dla nas tak ważne.

Wychowawczynie nie podjęły się pełnej opieki nad córką, ale współpracowały z nami jak tylko mogły. Dla nich to też była trudna sytuacja. Reagowały na każdą zmianę nastroju, na każdy niepokojący objaw, ale insuliny nie podawały. Dzień wyglądał następująco:

  • Do 8:30 dzieci zjadały śniadanie, więc córka przedszkole zaczynała właśnie około 8:30.
  • Na 10:30 przychodziłam zmierzyć jej cukier, podać posiłek oraz insulinę. Odbierałam córkę około 13:00
  • W przypadku wycieczek, bali, zabaw z dużą ilością ruchu – w przedszkolu obecna byłam cały czas.

Sytuacja wyglądała dokładnie tak samo w zerówce.

Od września 2015 roku Księżniczka jest już uczennicą. Jest to szkoła należąca do tego samego zespołu co placówka przedszkolna, więc temat nie był w szkole zupełnie obcy. Wraz z nowymi szkolnymi obowiązkami pojawiła się nowa wychowawczyni, która już przy pierwszym spotkaniu zaoferowała swoją pełną pomoc. I byłoby idealnie, gdyby nie dwa małe problemy.

Uczniów w szkole jest tak wielu, że pojawiła się konieczność systemu zmianowego. Jednego dnia zajęcia zaczynają się o 8 rano, żeby następnego zacząć o 10:30. Początkowo pomysł ten nas przerażał, ale dzieci szybko się dostosowały do takich zmian. Szkoła wynagrodziła nam to dodatkowymi zajęciami odbywającymi się przed lekcjami, dzięki temu dzieci nie traciły nic z bogatej oferty.

Ale dla nas oznaczało to, że Księżniczka zaczyna i kończy lekcje każdego dnia inaczej, a świetlica szkolna nie zawsze była dla nas odpowiednim rozwiązaniem, ze względu na brak obecności nauczyciela który mógłby zająć się córką. Chociaż już na posiłki w trakcie lekcji nie musiałam przychodzić, to jednak o możliwości zostawienia córki w szkole na dłużej nie było mowy.

Nadal jestem obecna na każdej wycieczce (a że lubię klasę córki, to zawsze fajnie się bawię). Uczestniczę też w balach, krótkich wypadach oraz zawodach sportowych.

Przez cały niemal wrzesień byłam obecna w szkole cały czas. Nauczycieli nie dziwi już mój widok, uczniowie się do mnie przyzwyczaili.

Na samym początku zajęć wychowawczyni Księżniczki, pani K. opowiedziała dzieciom co to jest cukrzyca, co się z nią wiąże oraz o możliwym zachowaniu w przypadku wysokich i niskich cukrów. Klasa dobrze to przyjęła i chyba tylko raz ktoś rzucił komentarzem: masz cukrzycę, więc nie możesz jeść słodyczy. Na zebraniu rodziców również wyjaśniłam ten temat, prosząc by zwrócili uwagę, żeby dzieci nie patrzyły na chorobę córki stereotypowo. Klasa, rodzice, nauczyciele i dyrekcja byli bardzo pomocni i wykazali spore wsparcie.

Klasa druga zapowiada się bardzo podobnie.

Zaprowadzając córkę do szkoły zadbałam o kilka rzeczy

Po pierwsze: stały kontakt ze mną i mężem

Kiedyś rozmawiałam z nauczycielką, która brała udział w szkoleniu skierowanym właśnie do osób, które mają pod opieką diabetyków. Była zaskoczona, bo jako najważniejszy kłopot w zajmowaniu się takimi uczniami, inni nauczyciele wskazali właśnie brak kontaktu z rodzicami! No litości!

Moi najbliżsi wiedzą, że w godzinach posiłków Księżniczki nie odbiorę telefonu. Nie, bo czekam na kontakt! A jeśli zadzwonią i odbiorę, to w każdej chwili mogę bez słowa rzucić słuchawką i każdy wie dlaczego. A mój numer telefonu nie ma tylko wychowawczyni, ale niemal każdy nauczyciel, który uczy moje dziecko. I numer mojego męża, oczywiście. Nie wyobrażam sobie sytuacji, kiedy nauczyciel nie mógłby skontaktować się ze mną czy z mężem. Nie w takiej sytuacji!

Rozważaliśmy, czy Księżniczka nie powinna mieć przy sobie telefonu. Ale dzieci nie zostają w szkole same, zawsze są pod opieką nauczyciela, który w każdej chwili może się skontaktować  z nami. Poza tym, pozostała lekka obawa czy telefon nie będzie stanowił zbyt dużego rozpraszacza i czy nie ulegnie zniszczeniu / zaginięciu w szkole. Nikogo o nic nie posądzam, mówię tylko jakie myśli krążyły mi po głowie. Koniec końców telefon zostaje w domu, ale Księżniczka ma go ze sobą na wycieczkach i wyjazdach.

Po drugie: materiały informacyjne

Choć Ministerstwo rozsyła do placówek foldery informacyjne jak należy postępować z dziećmi wymagającymi dodatkowej opieki, to jednak sama postarałam się, żeby takie materiały trafiły do wychowawczyni córki (przypominam, że Księżniczka ma 7 lat i wychowawczyni ma z nią 80% zajęć!). Poniżej wklejam linki do takich folderów:

Folder Ministerialny 

Folder dr Ewy Pańkowskiej 

Z mojej strony mała uwaga: dla osób, które wcześniej nic nie słyszały o cukrzycy, te foldery mogą być lekko straszne. Warto wcześniej odbyć krótką rozmowę z nauczycielem i poinformować go, że takie informacje na sucho mogą wywoływać niepokój. To tylko broszury informacyjne, pokazujące najważniejsze i najtrudniejsze aspekty cukrzycy.

Po trzecie: ściąga / instrukcja

Opisałam dokładnie co należy robić w sytuacjach takich jak: wysoki cukier, niski cukier, wysiłek fizyczny, złe samopoczucie, alarm na pompie, niezjedzony posiłek, podjadanie.

Na spokojnie, subiektywnie. Każde dziecko jest inne, zdrowe czy chore. Każde reaguje inaczej i to właśnie opisałam. Opisałam też co jest dla nas priorytetem (np. nic się nie stanie, jeśli córka zje dodatkowego cukierka na urodziny kolegi / koleżanki, bo wysoko cenimy jej komfort psychiczny a wysoki cukier można przecież zbić). Wyjaśniłam też, że Księżniczka nie jest ze szkła i może się bawić jak inne dzieci, o ile ma na to ochotę. A fakt, że nosi pompę insulinową nic w tym nie zmienia. No, chyba, że postanowi wskoczyć do basenu w ubraniu (lub fontanny).

Po czwarte: nic na siłę

Choć zabrzmi to jak manipulacja, to często podkreślałam wychowawczyni, że wdzięczna jej jestem, że sama się zdecydowała na pomoc.

Poinformowałam ją o tym, że w klasie jest diabetyk i zaznaczyłam, że będziemy musiały znaleźć sposób na współpracę. Dodałam, że jestem zawsze pod ręką i wdzięczna będę za jakąkolwiek pomoc. Wychowawczyni sama zaproponowała, że może mierzyć cukier i podawać insulinę.

Nauczyciel nie może podać uczniowi żadnego lekarstwa, bez wyraźnego wskazania rodziców. Pedagodzy używają tego argumentu bardzo często, żeby uniknąć kłopotliwej sytuacji, kiedy chcą odmówić. Nie mam im tego za złe. Rozumiem ich lęki i obawy. To olbrzymia odpowiedzialność. Nie patrząc nawet na kwestię cukrzycy, to sama czułabym obawy wiedząc, że nauczyciel sam z siebie podaje mojemu dziecku nie wiadomo jakie lekarstwa na ból brzucha czy głowy. Wiem, że niektórzy rodzice potrafią mieć pretensje, kiedy dziecku w szkole zmierzy się temperaturę!

A takie podawanie insuliny? Dla niewtajemniczonych: insulinę można podawać na dwa sposoby. Pierwszy z nich to pen, czyli strzykawka w bardzo praktycznym i funkcjonalnym wydaniu. Drugim jest pompa insulinowa – urządzenie, które działa jak kroplówka, ale nie robi nic samo. Trzeba dokładnie wskazać, za każdym razem, co ma zrobić. A teraz nauczycielu, masz problemy ze zwykłą aspiryną, a masz dziecku robić zastrzyki?

To czy nauczyciel zechce podawać insulinę diabetykowi i mierzyć mu cukier zależy tylko od jego dobrej woli. Uważam, że nauczyciele mogliby wyjść bardziej z inicjatywą i starać się pomagać w takich sytuacjach. Chociażby zmierzenie cukru – nie jest to trudna czynność. Jedno nakłucie palca i można uzyskać tak ważną informację dla zdrowia a nawet i życia diabetyka. Ale jak już pisałam – nic na siłę.  

Chyba wcześniej tyle nie napisałam w poście 🙂

Jakie są Wasze odczucia? Ja Wy sobie poradziliście z insulinoterapią w szkole? 
Ciekawa tez jestem jak wyglądał pierwszy dzień szkoły Waszych pociech ? 

Insulinoterapia

Advertisements

5 uwag do wpisu “Insulinoterapia w szkole – nasza historia

  1. Mój mąż dostał cukrzycę w wieku 16 lat. Jego rodzice stanęli przed równie ciężkim tematem co w przypadku młodszego dziecka. Małe dziecko, samo nie zadba o cukry, więc potrzebna jest placówka, która go w tym wesprze. Nastolatek natomiast na w pół dorosły na w pół dziecko, musi raczej samo o siebie zadbać w szkole. I tu pojawia się problem, bo jak pogodzić nastoletnie życie z odpowiedzialnością którą trzeba ponosić w dorosłym życiu. Bardzo ciężki temat.

    Lubię to

    • Bunt nastolatka w połączeniu z cukrzycą to mieszanka wybuchowa. Niektórzy buntują się przeciw rodzicom inni przeciw chorobie. Jest dokładnie tak jak piszesz, nie dorosły ani nie dziecko. Chcesz zaufać, ale nie wiesz czy to nie za dużo. Mam nadzieję, że mimo wszystko, mąż mile wspomina tamten czas 🙂

      Lubię to

  2. Pracuje w szkole integracyjnej i na co dzień spotykam się z problemami dzieci chorych i niepełnosprawnych. Trzeba pamiętać, że nie zawsze w opiece nad dziećmi, jest zła wola szkoły i nauczycieli. Rodzice mają zazwyczaj jedno lub dwoje dzieci do opieki, a w klasie jest co najmniej dwudziestka z różnymi trudnościami, na przerwach nauczyciel ma dyżury na korytarzu lub musi przygotować potrzebne pomoce. itp. U nas jednak zawsze stawiamy na pierwszym miejscu dziecko, ale współpraca rodziców jest konieczna. Niestety, tak jak napisałaś, z tym nie jest najlepiej. Czasami rodzice ukrywają chorobę dziecka lub nie chcą o niej rozmawiać.

    Lubię to

    • Bez współpracy ze strony rodziców nie wyobrażam sobie funkcjonowania dziecka w szkole, czy zdrowego czy chorego. Natomiast nie dziwię się nauczycielom, że przy takich doświadczeniach nie chcę podejmować się współpracy. Inna jest też kwestia, kiedy nauczyciel powie nie, bo nie. Mam więcej sympatii dla takiego, który powie wprost, że się boi niż dla takiego, który stwierdzi, że „tego nie ma w umowie”

      Lubię to

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s